Colorful Pantaloons. Obsługiwane przez usługę Blogger.
Warszawa, Polska

GIRLS RULE

Tak sobie myślę i doszłam do wniosku, że - teoretycznie - wygodniej i bardziej praktycznie jest bycie płci męskiej. Spójrzcie na to tak:
1) sikacie, gdzie chcecie (i nie musicie przy tym pozbawiać się połowy garderoby);
2) nikt nie przejmuje się, kiedy założycie tę samą rzecz kilka dni z rzędu;
3) możecie wychodzić z domu o każdej porze, bo raczej nikt was nie napadnie i nie zaciągnie w krzaki;
4) wstajecie rano, ubieracie i się i jesteście gotowi do wyjścia;
5) kiedy się nie pomalujecie, nikt nie wmawia wam, że jesteście chorzy;
6) nie umieracie dwanaście razy w roku z powodu eksplozji jajników.

To tylko kilka przykładów, z pewnością znalazłoby się o wiele więcej, ale pokazanie marnego losu kobiecego nie jest moim celem. To miał być tylko taki króciutki wstęp do tematu.

Dzisiaj chciałbym raczej poruszyć problem naszego społeczeństwa, bo mimo tego, że zaszły ogromne zmiany w tym, jak postrzegane są kobiety, nadal w wielu miejscach na Ziemi, są one pozbawiane godności i traktowane bez należytego szacunku.

Wciąż zdarza się, że kobieta, pracująca na dokładnie tym samym stanowisku co jej kolega, otrzymuje mniejszą pensję niż ów delikwent. Jesteśmy postrzegane przez pracodawców jako słabsze ogniwa, nie wiem czemu, bo wiele razy udowodniłyśmy, ile potrafimy zdziałać. Weźmy za przykład Oprah Winfrey, która - dzięki swoim wpływom - pomogła Barackowi Obamie wygrać wybory prezydenckie w 2008 r., co więcej, została okrzyknięta "prawdopodobnie najpotężniejszą kobietą na świecie".

Oprah z byłym prezydentem Stanów Zjednoczonych Barackiem Obamą
Dyskryminacja kobiet zawsze była rzeczą żywą, kilka dekad temu nie miałyśmy prawa głosu w żadnej dziedzinie, a szczególnie w sporcie. W 1967 r. 20-letnia Kathrine Switzer jako pierwsza przedstawicielka płci pięknej w historii pobiegła w Maratonie Bostońskim. Odmieniła tym życie swoje i milionów innych kobiet, które wielokrotnie były wykluczane i represjonowane w "męskim" świecie sportu.

jeden z uczestników biegu próbuje zerwać numery startowe Katherine (ten pan w ciemnym ubraniu z lewej strony), jej chłopak (po prawej) próbuje go odepchnąć

Znany nam wszystkim wszem i wobec polityk Janusz Korwin-Mikke ostatnio na posiedzeniu Parlamentu Europejskiego powiedział, że kobiety muszą zarabiać mniej, bo "są słabsze, mniejsze i mniej inteligentne". U mnie wielkie zaskoczenie, bo nigdy nie sądziłam, że usłyszę takie słowa. Mamy przecież 2017 r., czemu zamiast rozwijać nasze społeczeństwo i starać się, aby świat był lepszym miejscem dla wszystkich z nas, mamy się cofać do czasów kompletnego zaciemnienia? 

Pan Janusz powinien zrobić porządny research następnym razem, kiedy będzie chciał iść do parlamentu i głosić swoje mądrości. Mamy przecież naszą cudną, polską Marię Skłodowską-Curie, która została nagrodzona Noblem za odkrycie radu i polonu. Mamy także Krystynę Skarbek, jedną z najwybitniejszych agentek brytyjskiego wywiadu. Potem jest jeszcze Agnieszka Holland, wybitna polska reżyserka, wielokrotnie doceniana na różnych festiwalach filmowych. Wygadywanie takich bzdur o kobietach i generalizowanie to duża zniewaga i zwyczajny brak kultury. 

Ten post robi się nieco długi, więc będę już powoli kończyć. Ale nie wyczerpałam jeszcze w 100% tego tematu, więc bądźcie gotowi na część drugą! 

A teraz krótki apel:
Słuchajcie dziewczyny, jeśli ktokolwiek kiedykolwiek powie wam, że nie możecie czegoś zrobić, pieprzcie tę osobę. Wasza siła i samozaparcie są wystarczającą bronią, a efekty najlepszą formą zemsty. Więc pracujcie na miarę swoich możliwości, szanujcie siebie i i nigdy nie zapominajcie, że możecie wszystko i jesteście warte miliona gwiazd. 

Love,
N
Warszawa, Polska

Weddings


Nigdy nie byłam fanką rodzinnych imprez. "Rodzinnych", czyli takich, na których poznaje się tuziny osób, które w jakiś magiczny sposób są z tobą spokrewnione. Ale mus to mus, kiedy żeni się twój bliski kuzyn.

Naprawdę miałam nadzieje, że ubiegła sobota będzie całkiem znośna - że Łukasz, bo tak ma na imię mój brat cioteczny, urządzi jakieś przyjemne przyjęcie, bo przecież jest młody, nowoczesny, pracuje w dużej firmie informatycznej. Niestety, z chwilą, w której mój wzrok powędrował w kierunku domu weselnego i zespołu muzyków, który stał dumnie u jego progu, porzuciłam moje złudne marzenie. Było klasycznie - frontman z akordeonem śpiewający profesjonalnym głosem Zenka Martyniuka powszechnie znany i lubiany utwór "Szła dzieweczka do laseczka", reszta bandu nieco w tle grzecznie podgrywająca w takt.

Usiedliśmy wszyscy do stołu. "To co? - wódeczka za zdrowie młodej pary!" Podano jedzenie, oczywiście do wyboru flaczki albo rosołek - tradycyjnie, po polsku. Potem kieliszek wódki na lepsze trawienie. Kolejno, drugie danie jak u babci na niedzielnym obiadku, kotlety z piersi wielkie na pół talerza i ziemniaczki. Nie obraźcie się, lubię polską kuchnię, dajcie mi pierogi i kapustę, a będę w raju, ale jeśli mowa o schabowych, to nie ich nie znoszę, nie mogę nawet na nie patrzeć, zwłaszcza kiedy są smażone na głębokim oleju i ociekające tłuszczem.

Po tym sowitym posiłku i porządnym nawodnieniu [nawódnieniu], ludzie zrobili się weselsi. Wodzirej polecił wszystkim siedzącym złapać się pod ręce i bujać do słów "na prawo, na lewo...". Kto wymyślił prowadzenie takich zabaw przy stole? Halo, tutaj się je! Potem standardowo był pociąg, dorośli jak przerośnięte dzieci biegali po sali formując wężyka. A później jeszcze więcej alkoholu.

Polskie wesela są dla mnie abstrakcją. O ile uroczystości w kościele są prawdziwie piękne, o tyle same wesela gubią cały urok i magię. Młodzi są zmuszeni zapraszać krewnych, których nigdy nie widzieli na oczy, z którymi nie utrzymują kontaktu, tylko dlatego, że tak wypada albo też tego wymagają ich rodzice, którzy często w jakimś stopniu finansują przyjęcie. Większość gości upija się do nieprzytomności i nie kontrolując swojego zachowania robi z siebie idiotów. Ciotki obgadują wszystko i wszystkich, komentują wzajemnie swoje stroje, fryzury i makijaże. Małe dzieci muszą oglądać to, jak ich tatusiowe kręcą tyłkami na parkiecie tylko po to, aby wygrać kolejną wódkę w zabawie.

Moment zawarcia małżeństwa jest naprawdę wyjątkowy, będziemy go pamiętać do końca życia, dlatego tez powinniśmy celebrować go i cieszyć się nim zachowując przyzwoitość i dobry smak - nie chcemy przecież odtwarzać w głowie obrazu wujka wymiotującego wprost na nową sukienkę ciotki.

A więc to byłoby na tyle. Piszcie w komentarzach, co myślicie o na ten temat :)

Love,
N


Warszawa, Polska

Dlaczego nie lubię parkingów podziemnych? #STORYTIME


Minęło 11 miesięcy odkąd ostatni raz tutaj byłam. Od tego czasu dużo się zmieniło, ale o tym opowiem później.

Dzisiaj natomiast chciałabym przytoczyć wam krótką, ale z morałem, historię z mojego życia. Właściwie to jeszcze nie jest „historia”, gdyż wydarzyła się niedawno, bo 17 maja, ale nie zwracajmy na to uwagi.

Może zacznę od jakichś ogólnych faktów, żeby mniej więcej określić sytuację i podłoże owego, nazwijmy to w ten sposób, incydentu. A więc, dokładnie 12 maja 2017 r., nieco pokraczną odpowiedzią ustną z języka polskiego, oficjalnie zakończyłam swój sezon maturalny. Niesamowita ulga i radość, ale też lekki niedosyt, bo przecież mogłam trafić na ciekawszy temat, lepiej się przygotować, mniej stresować. Zawsze mogło być lepiej, nie? (właśnie nie!)

Mimo iż gorączka egzaminów końcowych ustała, dla mnie to nie był koniec majowych stresów. Czekały mnie jeszcze testy Cambridge. Dlatego też jakiś czas temu zapisałam się na dodatkowe lekcje angielskiego – tak żeby oswoić się z językiem i poprzypominać ważniejsze działy. Zajęcia bardzo mi pomogły, w końcu mogłam mówić bez trzęsawki, jaka łapała mnie za każdym razem, kiedy miałam zabrać głos na forum.

Umówiłam się z moją lektorką na zajęcia 17 maja o godzinie 13.00. O 12.00 natomiast miałam być u fryzjera, chciałam podciąć moje zniszczone końcówki, bo przez te studniówkowe zabobony moje włosy były w fatalnym stanie. Plan był idealny - oba miejsca, salon i moja szkoła językowa, są od siebie oddalone o 5, maksymalnie 7, minut drogi samochodem, więc nie musiałbym wracać do domu albo błąkać się po mieście przed zajęciami. Jednak pani korepetytor poprosiła mnie o spotkanie 15 minut wcześniej, ja, nie skojarzywszy faktów, pod wpływem chwili zgodziłam się, co było ogromnym błędem.

Od samego rana stresowałam się tym, że nie się nie wyrobię, po prostu nie było opcji, żebym zdążyła na czas. Kiedy więc siedziałam na fotelu fryzjerskim, gorączkowo sprawdzałam godzinę na telefonie. Oczywiście, mogłam powiedzieć mojej fryzjerce, że mam jedynie maksymalnie 40 minut, ale ogarnęło mnie takie dziwne uczucie, po prostu bałam się odezwać, nie wiem, co się ze mną stało, bo normalnie jestem dość otwarta. Skończyło się na tym, że suszyła mi włosy praktykantka i zajęło to nieco dłużej, niż przewidywałam, oczywiście nie winię jej, a wręcz pochwalam jej chęci, gdyż, żeby się czegokolwiek nauczyć, należy ćwiczyć, a ona miała do tego perfekcyjną okazję.

Wyszło na to, że spóźniłam się 15 minut na zajęcia, nie było to jakąś tragedią, ale jako, że przed budynkiem szkoły brakowało wolnego miejsca, musiałam zostawić samochód na parkingu podziemnym z bardzo stromym podjazdem, który niecałe 2 godziny później w parze z pewnymi metalowymi drzwiami do śmietnika miał być powodem mojej histerii…

Ale do rzeczy, ja - cała w skowronkach po udanej lekcji, ruszam na parking, odpalam silnik i włączam nową piosenkę Shawna, jest bardzo przyjemnie, klimatyzacja pracuje idealnie, chłodne powietrze owiewa moją twarz. Włączam światła, wrzucam jedynkę, spuszczam ręczny i ruszam, powolutku, bo jest bardzo wąsko, a nie chciałabym zarysować auta. Podjeżdżam pod górkę i już mam skręcać, gdy nagle przed maską samochodu pojawia się mężczyzna i krzyżuje moje plany.

W tym także momencie cały boży świat zwraca się przeciwko mnie. Samochód stoi już prawie na prostej, ale akurat w możliwie najtrudniejszym do wymanewrowania fragmencie podjazdu, bo na samej górze, ale jednak nie. Jako że mój staruszek ma już swoje lata, nie miał siły wspiąć się jeszcze ten jeden lub dwa metry w górę – próbowałam ruszać tak, jak uczono nas na kursie na prawo jazdy (z użyciem hamulca postojowego), ale za każdym razem silnik gasł. Wpadłam na „genialny” pomysł  jako, że nikt inny oprócz mnie nie próbował wydostać się z tego nieszczęsnego parkingu, zdecydowałam, że jeśli zjadę trochę w dół, to moje autko będzie miało nieco więcej siły na pokonanie niepozornego podjazdu. Może i się nie myliłam, ale niestety nie zdążyłam się o tym przekonać. Samochód stoczył się uderzając równiutko w metalowe drzwi do śmietnika. Nigdy w życiu nie zapomnę uczucia paniki i bezradności, jaka mną zawładnęła, kiedy bezskutecznie próbowałam zatrzymać auto wciskając hamulec. Nawet teraz, kiedy sobie to przypominam, ogarniają mnie zimne poty. Bezosobowość tego zdarzenia mnie zdumiewa, bo, szczerze powiedziawszy, czuję teraz jakby mnie tam nie było, jak gdybym stała i obserwowała całe zajście z boku, co jest niespotykane, ale też ciekawe.

Kiedy auto już się zatrzymało, przez chwile siedziałam w osłupieniu, nie mogąc sobie uświadomić, co tak właściwie się zaszło. Obróciłam głowę do tyłu, w pewnym sensie mi ulżyło, kiedy zobaczyłam, że tylna szyba auta jest cała. Histeria zaczęła się dopiero później.

Teraz, z perspektywy czasu, jestem całkowicie świadoma tego, że to ja sama zainicjowałam całe zdarzenie – zaabsorbowana milionem innych rzeczy, dodatkowo wliczając do tego stres wywołany przez gapiów, nie zachowałam szczególnej ostrożności podczas manewru. Jeśli zapytacie o samochód, nie odniósł większych obrażeń, zbiła się lampa z tyłu z lewej strony i zderzak się nieco połamał – byłoby gorzej, gdybym nie miała na drzwiach od bagażnika umieszczonego ogromnego koła zapasowego – to ono przyjęło na siebie niemal całą siłę uderzenia. Troszkę gorszy los spotkał tę bramę śmietnikową – została zmasakrowana, aż wybiło ją z framugi (chociaż nie powiedziałabym, że była jakoś bardzo profesjonalnie zamontowana, ekhem, ekhem).  

graficzny ogląd sytuacji
W każdym razie, mam teraz nowe zajęcie. Okazało się, że metalowa konstrukcja, którą nieco uszkodziłam, była bardzo droga, gdyż posiadała wszystkie atesty, była ognioodpornia i tym podobne, więc, aby zwrócić pieniądze za szkodę, pracuję u mojego taty w firmie. Nie jest źle, nie wykonuję jakichś ciężkich prac fizycznych, a zajmuję się bardziej biurowymi sprawami, a więc szykuję dokumenty do przetargów, rozliczam faktury.

Cała złość już dawno odeszła w niepamięć, już nie nienawidzę siebie tak bardzo jak tamtego wieczoru 17 maja 2017 roku. Jestem teraz świadoma tego, że to, co nam się przytrafia i jakie konsekwencje za sobą niesie, jest nieodłącznym elementem naszego istnienia, od nas jedynie zależy, czy wyciągniemy z tego jakieś wnioski, czy pozostaniemy im obojętni. Ja dowiedziałam się, że mam najcudowniejszych bliskich pod słońcem, ogromną rodzinę składającą się nie tylko z tych, z którymi łączą mnie więzy krwi, ale także tych niespokrewnionych ze mną w najmniejszym stopniu, ale równie bardzo ważnych. Stałam się również odporniejsza na czynniki zewnętrzne, potrafię śmiać się ze swoich porażek, tym samym nie uniżając ich znaczenia i roli w kształtowaniu osobowości, bardziej cieszę się z sukcesów (PS. Udało mi się zdać egzamin egzamin Cambridge, o którym pisałam wyżej, na ocenę A i mam certyfikat znajomości angielskiego na poziomie C1!). Ale przede wszystkim wiem, że należy się porządnie zastanowić zanim spuści się ręczny na 
górce :)

Podzielcie się w komentarzach swoimi historiami, chętnie je przeczytam :D

LOVE
N

INSTAGRAM

© Colorful Pantaloons. Design by Fearne.